marzę, że kiedy oczy otworzę,
ciebie zobaczę w zgiełku poranka,
ciebie szczęśliwą, ciebie radosną,
ubraną w mgiełkę sennej przygody
nieokiełznane siły natury
pozwolą spojrzeć bezkarnie w ochłań
zapomnieć wczoraj, by mieć znowu dzisiaj
prawdziwą miłość wolną od świata
nikt nie potrafi powiedzieć więcej
opisać słowem serca poczynań
chciałbym zrozumieć język Twej duszy
tłumaczyć go rano moimi oczyma
tonąc w objęciach twych i powietrza
nie rozumiejąc dławiącej trwogi
wiem, że zostaniesz tu obok dzisiaj
czemu byś miała się zbierać do drogi
od zawsze tutaj w tym właśnie miejscu
radość i smutek się łączyć będą
byłaś tu zawsze nie odchodź zostań
złączona ze mną miłości wstęgą
banały codzień mżawką spadają
chcąc bezpodstawenie spłaszczyć nam życie
ja wierzę w głębię, ocean słowa
miłość to deficytowy towar.
dwadzieścia pięć lat czerwonego światła. pieprzone
przejście dla pieszych.stałam tam, wpatrując się
w idealnych ludzi pędzących za szczęściem. Na moment
zamroziłam ich uśmiechem mojego obiektywu.
ruszyli ponownie. uwolnieni z uścisku. pędzili. stałam
tam nadal. nie czując już nic zupełnie. niespodziewanie poczułam
ten zapach i zapomniałam wszystko. zgubiłam reguły
tworzone przez trzysta ostatnich miesięcy.
nieznajome oczy odnalazły mnie wśród przechodniów. a ja
nie chciałam być przechodniem tylko. nieznajome ramiona
sprawiły, że zapomniałam o jutrze. sześćset minut picia kawy
zamieniłam w zauroczenie.
modlę się by nie zapaliło się zielone. nie chcę
teraz byś ruszył na drugą stronę. zginął wśród
innych ludzi podobnych Tobie, goniących
za szczęściem po drugiej stronie.
stan silnego pragnienia. konkretny i dynamiczny.
miód na zmęczone ciało. pojawił się nagle
równocześnie z bólem brzucha. nie wiedziałem
dlaczego niepoliczalne dwieście mgnień oka
przeminęło w chwilę.
jedno drugie i trzecie wypowiedziane dawno,
pojawiło się nagle z radością klaszcząc w dłonie.
gdy prawdą jest słowo – życie kolor zmienia. gdy myślę
o niej smutek przejmuje kontrolę. gdy myślę
o niej zasypiam
sto dziewięćdziesiąt dziewięć i dwieście.
oto jesteś. prawdziwa. uzasadniona.
jedyna. szczera. długo oczekiwana. spontaniczna.
właściwa. przemyślana. dająca nadzieję na lepsze juto.
oto jesteś. spełniona. witaj obietnico.
szczęście. dziś. jutro. zawsze. szczęście nieoczekiwane. chciałbym powiedzieć – widzę, nie widzę jednak wcale. szczęście. gdzie jesteś. oczami wyobraźni narysowane delikatnie. słowami w ciszy wypowiedzianymi zaistniej. szept. słyszysz? słyszysz. wszechogarniająca siła skierowana do wewnątrz. samotna wśród miliona innych. każda popycha nas. każda. nie chcę przewrócić się popchnięty szeptem tym. chcę iść. rozpędu nabrać. witaj dniu światła. witam go. witaj. korytarzami rzeczywistości spacerowałem. kroki. głosy w zakamarkach. cisza. spokój. postaci niewiarygodnie chude pomiędzy blokami w szatach porwanych. kim są. są oni tu. są. widziałem strach gdy biegł szukając swojej siostry – samotności. nie było mnie tam. w myślach się ukryłem pod obłokiem kreatwności spałem. spojrzenie. w dół patrzę. schodzę. widzę znowu to samo miasto zbudowane na obietnicach. nie było mnie ostatnio. zniknąłem. strach oprowadzał mnie po mieście. zgubiłem go ze szczęściem.
chciałbym. co z tego. nie mam sił by dalej być. wczoraj myślałem, że mam nadal. stałem zmęczony patrząc pod nogi, a podłoga odbijała smutne światło lampy. nie widzieliście mnie. znowu. wściekłość. chciałem krzyknąć. nie wiedziałem co mam krzyczeć. boli mnie czasem. boli. gdy myślę, że jutro nadejdzie boli. gdy myślę, że nie nadejdzie kiedyś. boli. myślę. chciałbym znowu czuć. śmiech. radość. chciałbym wstać, a ciągle upadam. nie potrafię inaczej. wczoraj znowu patrzyłem w podłogę z przerażeniem. strach. światło lampy odbijane przez podłogę raziło w oczy. boli. nie mogę iść. rozwijać się. chcę nadal. chcielibyście to widzieć. to śmieszne. to żart. to prawda. smutek. boli znowu. chciałbym się uśmiechać. chciałbym mieć radość. nie mam. znowu upadłem. jak leżę twarzą do ziemi to nic nie widzę. zawsze upadam na twarz. boli wtedy. zawsze upadam gdy myślę, że stoję pewnie. chciałbym nie widzieć. nie słyszeć. być bym chciał. inaczej.
siedziałem w towarzystwie mgły w salonie, gdzie już dawno obiecałem sobie nie palić. nachodziły mnie myśli, które ciężko jest opowiedzieć. ważne, że krążyły one wokół przyszłości. czasem się jej boję. czasem zastanawiam się co będzie gdy świat wokół przestanie uśmiechać się do mnie zniewalającym uśmiechem. jaki mam plan awaryjny. czy będę potrafił się podnieść, gdy upadnę tak nisko, że pod moim bezwładnym ciałem będzie tylko skalista podłoga. nie wiem dlaczego wieczory generują w moim mózgu potrzebę zastanawiania się nad przyszłością. czy strach jest motywujący? jeśli tak, to do czego mnie motywuje. nie chcę ograniczony jego działaniem tracić szans i możliwości. zachowawczo działać. nie chcę. może to nie wieczór. mgła w połączeniu z papierosami prowokują do patrzenia w przestrzeń wypełnioną brudnymi ulicami. czy macie pewność, że wszystko zawsze będzie układało się po Waszej myśli? ja nie mam. życie weryfikuje plany i założenia. każdy dzień jest do pewnego stopnia niespodzianką i niestety niezależnie od tego jak bardzo chcielibyśmy się przygotować – nie jesteśmy w stanie
mieczem bo czymże walczyć mogę?
słowa i ogień co drzemie w słowie
glos szczęścia co zabił milczenie
jest radość i szczęście i lśnienie jest
to nie miecz to nóż tylko
nie ogień to lecz lód o pomyłko
krzyczy szczęśliwy z wewnątrz mnie głos
i światło jest lśnienie i radość i dość
nożem w lodówce grzebię tym nożem
zimno i masło kamieniem się stało
cieszy mnie jednak choć jest jej za mało
szynka co nie spleśniała i jej zostało
ser zarzygany pleśnią za euro
sałatka z kurczaka i pędy się schodzą
zrobić kanpkę to wojna i o zgrozo
pomidory na dole nie wiem czemu się chłodzą
a masło jest twarde i śmierdzi straszliwie
a ser zjem tym nożem bez masła
właściwie sram na kanapkę – tak!! – to Marek woła
sram znaczy to raczej jest metafora
przecież ten ser tym nożem normalnie kroję
bawię się w maśle nieznanych kształtów
spleśniała szynka z mielonym pieprzem
ja tu chęć kreowania smaków wietrzę
a może tym nożem zamiast w ser ten
w człowieka nóż normalnie nichcący wetknę
wypuści sok jak pomidor przecięty
padnie wygięty na podłodę niczym ta szynka
leżeć tak będzie aż pleśń go obrzyga
a ja się śmiać będę z tej śmierci – to przyznam
chyba, że to nie szynka – to nie jest do śmiechu
nożem chamstwa nie zabiję w człowieku
ta kupa to chamstwo
a śmierć kres jej oznacza
chciałbym by prawda prawdziwsza niźli
złe słowa co niszczą przyjaźń wśród bliźnich
zwyciężyła! ooo dobro wygrywa!! – światło jest jego znakiem
…. a ja mogę normalnie zrobić sobie kanapkę.
Jeśli chcesz poznać dalszą część przygód Roberta – powiedz mi o tym. Chwilowo kolejne części pozostaną nieopublikowane.