Poniżej publikuję opowiadanie – przeczytajcie je bo jest piękną kontynuacją dla wpisu “spełnienie”
Stare budynki zwartym szykiem otaczały małą wijącą się między nimi niczym wstążka ulicę. Nic w niej wyjątkowego nie było – milion takich samych ulic w wielkim mieście się znajduje. Miasto także niczym nie różniące się od innych nie mogło ciekawostkami żadnymi do siebie przyciągać.
Słońce nie było w stanie go obudzić. Wstał na dźwięk przerażającego budzika. Jak zwykle zbyt późno, jak zawsze spóźniony gwałtownym ruchem podniósł się z łóżka. Niemal biegiem zmierzał w stronę łazienki, z bólem standardowym dla pustego żołądka. Koszula, którą zakładał była po prostu czysta … z pewnością nie prasowana, z pewnością nie miał planów co do stroju zakładając ją kierował się tym by wykonać jak najmniej ruchów.
W firmie był postacią znaną. Z pewnością był dobry w tym co robi, z pewnością ceniono go za pracowitość i kreatywność, ale ludzie, z którymi pracował uważali go za niepoczytalnego. Czasem szalał w swoim pokoju, mówiąc lub nawet krzycząc sam do siebie. Był tutaj jak okaz na wymarciu… Kochał swoją pracę, spełniał się w niej i za nic w świecie nie chciałby jej zmienić. Cenił sobie firmę oraz wartości, które jej działaniu przyświecały. Znał swoje miejsce i w ramach swoich obowiązków był ekspertem. Odpowiadał za kontakt ze strategicznymi Klientami korporacji, dzięki czemu na rynku uchodził za samokowity kąsek – także dla head hunterów, którzy dzwonili do niego częściej niż można to sobie wyobrazić. Wszedł do budynku, w którym spędził ostatnie trzy lata. Pokój do którego zmierzał znajdował się na czterdziestym drugim piętrze. Minął recepcję, wszedł do pokoju, usiadł przy biurku i rozpoczął codzienne przeglądanie maili.
Robert, Mike woła Cię do siebie – rzuciła jedna z asystentek wchodząc bez pukania do pokoju.
Idę – mrknął pod nosem i wyszedł z pokoju.
Mike miał czterdzieści kilka lat i w branży był znaną postacią. Kierował działami projektów od kiedy w ogóle słowo projekt zaczęło funkcjonować. Niektórzy śmiali się, że w ogóle on je wymyślił.
Robert zapukał dwa razy i wszedł przez i tak uchylone drzwii.
Biuro Mike’a było jednym z tych biur, o których większość managerów może tylko pomarzyć. Piękne meble, które sam wybrał ukazywały jego charakter.
Dynamiczny i stanowczy szef, w korporacji która była obiektem marzeń.
Siadaj Robercie – powiedział z nie znoszącym sprzeciwu tonem.
Robert usiadł i z dość pewnym wyrazem twarzy spojrzał na swojego przełożonego. Nigdy się nie lubili. Nigdy też tego nie ukrywali. Funkcjonowali nie razem, a obok siebie już ponad trzy lata.
co tam Mike? co się dzieje? – zapytał Robert, z miną zdradzającą, że sam już zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią na to pytanie. Mike zdawał się nie słyszeć. Prawdopodobnie, nie słyszał naprawdę. Wiedział co chce powiedzieć i nie bardzo interesowało go co do powiedzenia ma Robert.
Robercie – zaczął, Jak myślisz, co jest najważniejsze w naszej pracy? – zanim Robert zdążył nabrać powietrza zrozumiał, że to nie było pytanie. Wiesz Robercie, że nasze wyniki w tym półroczu przekroczyły o ponad 12% plany, które zobie założyliśmy? Czy wiesz, że jesteśmy najdynamiczniej rozwijającą się korporacją w stanach? Jak myślisz Robercie… dlaczego? zapadła cisza.
Robert zastanawiał się jaki jest cel tej rozmowy i dlaczego szef mówi mu o rzeczach, które są jasne dla wszystkich pracujących w Y&C – największej w stanach i pewnie jednej z największych na świecie korporacji zajmującej się projektowaniem strategii marketingowych.
Robert spojrzał na szefa, zamyślił się przez sekundę, po czym wstał i podszedł do okna. Widok, którym cieszył oczy był bajkowy. Patrzył z góry na mniejsze budynki, samochody i ludzi, którzy nieświadomi swojego celu pędzą przed siebie goniąc codzienność.
Mike, zaczął obserwując nadal niedościgniony punkt na horyzoncie, Mike dziś jest mój ostatni dzień. Nie zostanę w Y&C, oszczędź mi więc lekcji. Chociaż tyle chyba możesz dla mnie zrobić.
Przełożony uśmiechnął się pod nosem.
Wiesz Robert, że nie dostaniesz żadnej pracy – żadnej. Nie pozwolę Ci odejść. Szczególnie w takim momencie – kiedy obaj możemy stanąć na szczycie. Nie tego chciałeś? Być panem świata? Odejście to Twój największy błąd.
Daj spokój Mike – powiedział z uśmiechem. Nie mam na to ochoty, ani czasu. Spojrzał na przełożonego i wyszedł. Dzień minął mu bardzo szybko. Jak nigdy… wszystko czego potrzebował załatwił dziś w mgieniu oka. Wszystko układało się po jego myśli. Ten dzień był piękny sam w sobie.
Wracając zajrzał do ulubionego baru. Nie pił. Nie był też smakoszem. Po prostu raz na jakiś czas lubił napić się whiskey z wodą mineralną i dwoma kostkami lodu.
Najdziwniejsze jest to, że sam do końca nie wiedział czemu miesiąc temu złożīł wymówienie. Zachowywał się jednak w sposób sugerujący, że wie dokładnie co robi. Było wręcz odwrotnie. Nie miał zielonego pojęcia co robi. Znał jedynie swój cel. Wszystko, co miało nastąpić, było nieuniknione dla jego realizacji. Powtarzał to sobie przez ostatnie trzydzieści dni, nie rozumiejąc co to tak naprawdę znaczy.
Mijał ludzi patrząc im w oczy. Zastanawiał się o czym myślą. Kim są. Próbował odgadywać ich imiona. Wracał do domu wiedząc, że ma w sobie tyle odwagi by zrealizować plan, który dopiero kilka dni temu zrodził się w jego głowie. Jeszcze tego wieczoru miał wybrać miejsce, które zawładnie jego życiem na zawsze…
cdn….