pisane słowem – Marek Stankiewicz

wrzesień 25, 2008

Historia człowieka, który kiedyś stał się Bogiem – cz2

Zaszufladkowany do: słowem — marekstankiewicz @ 4:28 pm
Tags: , , , , , , , , , ,

Droga do domu wydawała mu się bardzo długa. Zastanawiał się czemu nie kupił jeszcze wymarzonego samochodu. Mógł przecież to zrobić w każdej chwili. On jednak wolał co miesiąc odkładać zarobione pieniądze. Snuł się ulicami wlokąc za sobą brązową skórzaną teczkę z laptopem.

Czuł się pijany, ale nie dzięki szklance whiskey, którą opróżnił w tym zadymionym tanimi papierosami barze, ale raczej dlatego, że kolejny roboczy dzień spędzi w domu. Nie ma już bowiem po co wracać do biura. Nie mógł zrozumieć swojego zachowania. Ciekawe, że docierała do niego w tej chwili myśl, że marzył o tym, już od pierwszego dnia gdy przekroczył progi Young&Creative. Tylko dlaczego?

Najlepsze wyniki w liceum, dwa kierunki studiów, które z wybitnymi wynikami skończył niemal jednocześnie. Szkolenia na całym świecie. Ten gość był stworzony do pracy, był po prostu materiałem na pracownika. 

Dziś ten sam facet rzucił wszystko. 

Otworzył drzwii klatki i ruszył w stronę schodów. Mógł skorzystać z windy, ale smród, który tam panował motywował go do wspinaczki na drugie piętro. Wdzięczny za kondycję, opierając się o ścianę i jednocześnie podciągając przy pomocy poręczy zmierzał w stronę mieszkania. Nie było ono niczym okazałym. Małe ciemne pomieszczenie pełne zdjęć, które kiedyś w młodości robił pożyczonym aparatem, a teraz powiesił na ścianie. Zdjęcia dumnie spoglądały w stronę wchodzącego. Jakby z żalem. Wszedł i zasnął.

Kiedy odzyskał w pełni świadomość siedział już na łóżku. Kilka chwil wcześniej wykonał karkołomny manewr podnoszenia się. Pierwszy raz, powoli ruszył w stronę łazienki. Dziwnie czuł się z tym nadmiarem czasu. Stanął pod prysznicem i odkręcił wodę. Spadała po jego ciele niczym po skałach wodospadu. Oparł się o ścianę i patrzył otępiałym wzrokiem w kafelki, które dawno już wymagały wymiany. Ogolił się i ruszył do kuchni.

- Jak się okazuje, jestem mistrzem jajecznicy – powiedział do siebie z uśmiechem i usiadł przy stole. Zajadał się tak, jakby było to śniadanie przygotowane na specjalną okazję w hotelu Burj Al Arab. Wstał i ruszył w stronę salonu, który spełniał zarazem funkcję sypialni. 

Na łóżku leżał globus. Robert dokładnie wiedział co się teraz wydarzy, jednak tak wiele myśli jednocześnie zaprzątało jego głowę, że nie był w stanie wykonać nawet jednego ruchu. Przypomniał sobie cel, który postanwił sobie zrealizować bardzo dawno temu. “chcę być Bogiem” – powiedział w myślach. Teraz gdy rzucił pracę a jego mała kawalerka wydawała się jeszcze bardziej ciasna zaczął myśleć o tym, jak niby do cholery ma to zrobić. W jednej chwili przypomniał sobie jednak fragment książki, która zainspirowała go do postawienia sobie takiego celu: “nie myśl o tym jak, myśl o tym co” 

Wziął do ręki globus. Ta mała piłka miała zadecydować o jego losie, sprawić, że będzie szczęśliwy lub zginie w męczarniach. Zkręcił i zatrzymał palec. Zatrzymał na oceanie atlantyckim. – No tak – powiedział, – tego książka nie mogła przewidzieć. Poczuł się nagle zmęczony. Popatrzył raz jeszcze na nieszczęsny globus i osunął się na łóżku.

Spał kilka godzin snem delikatnym nie znoszącym dźwięków. Powoli otworzył oczy i patrzył na dłoń, która wydawała się strzec mapy świata. Wyraźnie jeden palec ułożony był w zdecydowany sposób na globusie. Pierwsze co przyszło mu do głowy, było decyzją, która obudziła w nim nadzieję. – Robercie – oto twój nowy dom.

Zapamiętał nazwę państwa i ruszył dynamicznym krokiem do stołu chwytając po drodze teczkę z laptopem. Rozłożył go jednym ruchem. W okno wyszukiwarki wpisał nazwę państwa i zaczął czytać. Miejsce, które wybrał wydawało się tak tajemnicze, tak nierealne, że w pewnej chwili zaczęło go przerażać. Robert był jednak bardziej zdziwiony sobą niż państwem, sobą dlatego, że ledwo sprawdził w komputerze cóż to za miejsce będzie jego nowym domem, a już był w taksówce na lotnisko. 

Czy ktoś kiedyś policzył wszystkich, którzy włóczą się po lotniskach? Niesamowite ileż to osób codziennie wylatuje, wraca, odprowadza bądź wita znajomych. Lotnisko jest jak małe miasto, pełne sklepów, restauracji i ludzi pędzących by zdążyć gdzieś. 

Bezpośredniego lotu do państwa które wybrał nie było, czekało go kilkanaście godzin podróży. Gdy wsiadł do samolotu zaczął się bać. Pytania jak, gdzie i co wróciły z natężoną siłą. Panikował. Nie miał pojęcia czym jest to państwo, w którym postanowił spędzić resztę życia i jak sobie tam poradzi. Te kilka prospektów największych hoteli i developerów oraz notatka z najważniejszymi numerami telefonów teraz wydawała mu się kroplą w morzu potrzeb. 

- Daj spokój Robert – powiedział do siebie i założył słuchawki, by zmienić swój nastrój dzięki muzyce uspokajającej. Słuchał i myślał, choć wiedział, że tym razem myślenie nie jest jego sprzymierzeńcem.

Gdy wylądował usłyszał tylko jedno zdanie: “Welcome on the Chopin International Airport” 

 

cdn….

Historia człowieka, który kiedyś stał się Bogiem – cz1

Poniżej publikuję opowiadanie – przeczytajcie je bo jest piękną kontynuacją dla wpisu “spełnienie”

 

Stare budynki zwartym szykiem otaczały małą wijącą się między nimi niczym wstążka ulicę. Nic w niej wyjątkowego nie było – milion takich samych ulic w wielkim mieście się znajduje. Miasto także niczym nie różniące się od innych nie mogło ciekawostkami żadnymi do siebie przyciągać. 

Słońce nie było w stanie go obudzić. Wstał na dźwięk przerażającego budzika. Jak zwykle zbyt późno, jak zawsze spóźniony gwałtownym ruchem podniósł się z łóżka. Niemal biegiem zmierzał w stronę łazienki, z bólem standardowym dla pustego żołądka. Koszula, którą zakładał była po prostu czysta … z pewnością nie prasowana, z pewnością nie miał planów co do stroju zakładając ją kierował się tym by wykonać jak najmniej ruchów. 

W firmie był postacią znaną. Z pewnością był dobry w tym co robi, z pewnością ceniono go za pracowitość i kreatywność, ale ludzie, z którymi pracował uważali go za niepoczytalnego. Czasem szalał w swoim pokoju, mówiąc lub nawet krzycząc sam do siebie. Był tutaj jak okaz na wymarciu… Kochał swoją pracę, spełniał się w niej i za nic w świecie nie chciałby jej zmienić. Cenił sobie firmę oraz wartości, które jej działaniu przyświecały. Znał swoje miejsce i w ramach swoich obowiązków był ekspertem. Odpowiadał za kontakt ze strategicznymi Klientami korporacji, dzięki czemu na rynku uchodził za samokowity kąsek – także dla head hunterów, którzy dzwonili do niego częściej niż można to sobie wyobrazić. Wszedł do budynku, w którym spędził ostatnie trzy lata. Pokój do którego zmierzał znajdował się na czterdziestym drugim piętrze. Minął recepcję, wszedł do pokoju, usiadł przy biurku i rozpoczął codzienne przeglądanie maili. 

Robert, Mike woła Cię do siebie – rzuciła jedna z asystentek wchodząc bez pukania do pokoju.
Idę – mrknął pod nosem i wyszedł z pokoju.

Mike miał czterdzieści kilka lat i w branży był znaną postacią. Kierował działami projektów od kiedy w ogóle słowo projekt zaczęło funkcjonować. Niektórzy śmiali się, że w ogóle on je wymyślił.

Robert zapukał dwa razy i wszedł przez i tak uchylone drzwii.
Biuro Mike’a było jednym z tych biur, o których większość managerów może tylko pomarzyć. Piękne meble, które sam wybrał ukazywały jego charakter.
Dynamiczny i stanowczy szef, w korporacji która była obiektem marzeń.

Siadaj Robercie – powiedział z nie znoszącym sprzeciwu tonem.
Robert usiadł i z dość pewnym wyrazem twarzy spojrzał na swojego przełożonego. Nigdy się nie lubili. Nigdy też tego nie ukrywali. Funkcjonowali nie razem, a obok siebie już ponad trzy lata.  

co tam Mike? co się dzieje? – zapytał Robert, z miną zdradzającą, że sam już zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią na to pytanie. Mike zdawał się nie słyszeć. Prawdopodobnie, nie słyszał naprawdę. Wiedział co chce powiedzieć i nie bardzo interesowało go co do powiedzenia ma Robert.

Robercie – zaczął, Jak myślisz, co jest najważniejsze w naszej pracy? – zanim Robert zdążył nabrać powietrza zrozumiał, że to nie było pytanie. Wiesz Robercie, że nasze wyniki w tym półroczu przekroczyły o ponad 12% plany, które zobie założyliśmy? Czy wiesz, że jesteśmy najdynamiczniej rozwijającą się korporacją w stanach? Jak myślisz Robercie… dlaczego? zapadła cisza.

Robert zastanawiał się jaki jest cel tej rozmowy i dlaczego szef mówi mu o rzeczach, które są jasne dla wszystkich pracujących w Y&C – największej w stanach i pewnie jednej z największych na świecie korporacji zajmującej się projektowaniem strategii marketingowych. 
Robert spojrzał na szefa, zamyślił się przez sekundę, po czym wstał i podszedł do okna. Widok, którym cieszył oczy był bajkowy. Patrzył z góry na mniejsze budynki, samochody i ludzi, którzy nieświadomi swojego celu pędzą przed siebie goniąc codzienność.

Mike, zaczął obserwując nadal niedościgniony punkt na horyzoncie, Mike dziś jest mój ostatni dzień. Nie zostanę w Y&C, oszczędź mi więc lekcji. Chociaż tyle chyba możesz dla mnie zrobić. 
Przełożony uśmiechnął się pod nosem.
Wiesz Robert, że nie dostaniesz żadnej pracy – żadnej. Nie pozwolę Ci odejść. Szczególnie w takim momencie – kiedy obaj możemy stanąć na szczycie. Nie tego chciałeś? Być panem świata? Odejście to Twój największy błąd.

Daj spokój Mike – powiedział z uśmiechem. Nie mam na to ochoty, ani czasu. Spojrzał na przełożonego i wyszedł. Dzień minął mu bardzo szybko. Jak nigdy… wszystko czego potrzebował załatwił dziś w mgieniu oka. Wszystko układało się po jego myśli. Ten dzień był piękny sam w sobie. 

Wracając zajrzał do ulubionego baru. Nie pił. Nie był też smakoszem. Po prostu raz na jakiś czas lubił napić się whiskey z wodą mineralną i dwoma kostkami lodu.

Najdziwniejsze jest to, że sam do końca nie wiedział czemu miesiąc temu złożīł wymówienie. Zachowywał się jednak w sposób sugerujący, że wie dokładnie co robi. Było wręcz odwrotnie. Nie miał zielonego pojęcia co robi. Znał jedynie swój cel. Wszystko, co miało nastąpić, było nieuniknione dla jego realizacji. Powtarzał to sobie przez ostatnie trzydzieści dni, nie rozumiejąc co to tak naprawdę znaczy. 

Mijał ludzi patrząc im w oczy. Zastanawiał się o czym myślą. Kim są. Próbował odgadywać ich imiona. Wracał do domu wiedząc, że ma w sobie tyle odwagi by zrealizować plan, który dopiero kilka dni temu zrodził się w jego głowie. Jeszcze tego wieczoru miał wybrać miejsce, które zawładnie jego życiem na zawsze…

cdn….

wrzesień 15, 2008

dzień dobry. Po ile przyjaźń ?

Mijając ulice z prędkością światła oglądałem kolejne wystawy. Co knajpa, co restauracja, co przecznica spotykałem najróżniejsze możliwości zakupowe. Przyjaciele wizerunkowo, przyjaciele finansowo. Z kim warto rozmawiać, a z kim lepiej się nie pokazywać. Kto jest fajny, kto potrzebny? 

Polska to kraj aktorów. 

Poznajesz kogoś, poświęcasz tej osobie swój czas i zainteresowanie. Dajesz z siebie dużo. Interesujesz się jej problemami. Rozmawiasz, radzisz, pocieszasz. Pomagasz. Widzisz w niej przyjaciela. Cieszysz się, bo przyjaźń to żadkie uczucie. 

Nagle, okazuje się, że Twój przyjaciel ma ważniejsze rzeczy niż kontakt z Tobą. Kontaktuje się z Twoimi kolegami, z którymi go poznałeś żeby załatwić sobie potrzebne rzeczy – z Tobą jakoś już kontaktować się nie potrzebuje. Kategoryzacja – przyjaciele ważni i przyjaciele potrzebni to dziś normalka. 

Wiesz kim jesteś? Czy wiesz tak naprawdę kim są ludzie, którzy Cię otaczają? Czy byliby obok Ciebie niezależnie od własnych interesów? Czy poświęciliby dla Ciebie swoje nerwy? Czy zrobiliby to wszystko – nie otrzymując niczego w zamian? 

Czasem wydaje Ci się, że jesteś wysoko. Czasem myślisz, że jesteś ważny. Posłuchaj… nie jesteś ani wysoko, ani nie jesteś nikim istotnym. Ważnym jest się dla przyjaciół. Nie dla przypadkowych osób kręcących się obok. Czas weryfikuje Twoje spostrzeżenia. 

Gdy nagle obudzisz się i zrozumiesz, że źle ustawiłeś priortety, gdy zrozumiesz, że straciłeś to co miało wartość, a zyskałeś to co nic nie znaczy… będzie już za późno. 

Nie jest przyjacielem ten kto może Ci pomóc. Nie jest przyjacielem ten, którego możesz wykorzystać we własnych celach. To nie jest Twój przyjaciel – to Twój pomocnik. 

Przyjaciel to zbyt trudne słowo – szkoda go nadużywać, gdy się go nie rozumie. 

najgorszym jest świętować sukces wśród statystów, których oceniasz jako przyjaciół, bo wtedy porażki będziesz przeżywał samotnie.

maj 30, 2008

powiedz stop wariatom życiowym

Gdzie pędzę ? Niesamowicie dziwnie brzmi to pytanie…
Jesteś w liceum uczysz się, nabierasz doświadczenia w przyswajaniu wiedzy. Idziesz na studia znając kierunek swoich zainteresowań. Starasz się mieć jak najlepsze wyniki w nauce…

Bronisz się … brawo

Zaczynasz pracę. Okazuje się, że wiedza nabyta na studiach różni się niesamowicie od teorii wykładanej na uczelni. Okazuje się, że znowu trzeba się uczyć. Uczysz się. Poznajesz kolejne zagadnienia. Wolny czas poświęcasz na studiowanie materiałów związanych z pracą. Zdobywasz wiedzę równocześnie bogacisz się w doświadczenia. Awansujesz … brawo.
Pamiętasz jak niedawno byłeś asystentem? Wczoraj cieszyłeś się z awansu w agencji, dziś jesteś już managerem w korporacji. Pędzisz.

Stop.

Pamiętasz ostatnie 5 lat? Pewnie, że pamiętam. Zrobiłem niesamowity projekt – STOP!

Pytam czy pamiętasz ostatnie pięć lat?!! Pamiętasz jak się poznaliśmy? Jak byłam ubrana?
Co mówiłam? Pamiętasz, co mi obiecałeś na pierwszych wspólnych wakacjach? Pamiętasz, co dałeś mi w prezencie na gwiazdkę?

Gdzie pędzisz?

Z roku na rok, na Twoim koncie co miesiąc jest więcej. Pensje, bonusy, nagrody. Szkolenia, warsztaty, konferencje. Jaką część ostatnich 43 800 godzin zajęła Ci praca? Gdzie wydałeś swoją kasę? Kiedy cieszysz się pensją? Pamiętasz prezent jaki kupiłeś? Pamiętasz … jak się zastanowisz przypomnisz sobie ile na niego wydałeś…, ale spróbuj sobie przypomnieć co Tobą kierowało podczas zakupów…

Stop.

Praca to wspaniała rzecz. To możliwości i szanse. To zwycięstwa i porażki, ale żeby odnaleźć się w tej iluzji musisz zrozumieć wokół czego kręci się świat. Wokół pracy? Wokół pieniędzy? Władzy?

Może warto się zatrzymać. Zastanowić się czy będziesz miał na kogo wydać te pieniądze. Czy będziesz miał komu sprawić nimi prawdziwą radość? Na czyjej twarzy swoją obecnością wywołasz szczery uśmiech…

Stop.

Właściwie to start … tylko może nie pędź najszybciej jak potrafisz, w życiu też obowiązuje ograniczenie prędkości.

maj 21, 2008

Romantycznie – dwa spojrzenia / dwie strony medalu

Nasz romantyczny Schedule

On:

Rano podgrzeję bułki. Podgrzewam je niczym zawodowiec. Wycisnę sok z pomarańczy, choć strasznie tego nie lubię. Nie lubię brudzić rąk. Przyniosę Ci śniadanie do łóżka, a potem odwiozę Cię do pracy. Zadzwonię spytam jak się czujesz, wyślę sms’a, że kocham. Przyjadę po Ciebie po południu i zabiorę do domu. Podam własnoręcznie przygotowany obiad – risotto z truflami i szampanem. Obejrzymy film, pójdziemy na spacer, opowiemy sobie o tym jak minął dzień. Zrobię herbatki podam smakołyki, a potem spotkamy się w sypialni. Przytulę Cię i zaśniemy by jutro spać do trzynastej. Weekend przed nami. Będzie leniwie, będzie aktywnie. Aktywnie pojedziemy za miasto, by leniwie czas spędzać. Wrócimy w niedzielę. Wieczorem podam kolację – cielęcina w sosie z kaparów (tym razem lepiej ją pokroję). Zaśniemy razem, bym jutro rano przyniósł sok do łóżka.

Z drugiej strony Ona:

Kochanie jak podgrzewasz bułki – wyczyść piekarnik, śmierdzi w całej kuchni potem spalenizną. Zawsze jak wyciskasz sok – to jest on po prostu wszędzie – masakra. Kuchnia wygląda jakby imprezę miało tam studenckie zrzeszenie picia browca. Nie będę już wspominała, że nie chcę jeść w łóżku. Wszędzie są okruszki – nie da się spać potem. Poza tym wiem jaki jesteś niezadowolony, gdy musisz wyjść z domu dwie godziny wcześniej by odwieźć mnie do pracy. Kochanie nie musisz osiemset razy dziennie przekonywać mnie o swoim uczuciu. Fajnie, że przyjechałeś po mnie. Nie chciało mi się wracać komunikacją. Obiad wygląda pysznie. Nie jest aż tak smaczny jak opowieść o nim. Kuchni nawet nie chcę oglądać. Mam słabe serce, za słabe na takie widoki. Oczywiście film. Miejsce na kanapie jest już po prostu przystosowane do Ciebie. Przybrało Twój kształt. Słodycze wieczorem – no tak najlepiej się napchać. Mógłbyś się nie odwracać do mnie tyłkiem. Jutro sobota, mam nadzieję, że nie będziesz spał do trzynastej. Może ruszymy gdzieś za miasto. Gdybyśmy wyjechali rano, a nie przed osiemnastą mielibyśmy dwa dni. Jest niedziela wieczór, zaraz muszę się położyć, przecież rano zaczynam pracę. Nie mów, że teraz będziesz robił tą ciężką cielęcinę – matko jakie to słone. Kładę się. Może zapomnisz jutro o kruszeniu w łóżku.

Tak się zastanawiam – dziękuję kochanie, że nie jesteś taka. Dziękuję, że potrafisz się cieszyć małymi rzeczami. Dziękuję, że każdy dzień – to dzień szczęśliwy, niezależnie od nastroju. Nawet jak krzyczysz i się wściekasz wiem, że kochasz. Ja też.

Blog na WordPress.com.